kasta.news, służba więzienna

Przypadki nie istnieją

Zabiłem , lecz nie z zimną krwią – mówi w rozmowie z kasta.news Łukasz Karczmit, odsiadujący 25 lat pozbawienia wolności autor głośnej książki „Przypadki nie istnieją

-Po usłyszeniu prawomocnego wyroku, stwierdziłem, że już wszystko mam w dupie. Szybko przeszła mi ochota na religijne spotkania, modlitwę. Odechciało mi się wszystkiego. Przestałem nawet przyjmować leki. Odbierać, może i je odbierałem, tyle, że zamiast połykać, wyrzucałem je do kibla. Przestałem być także uprzejmy. No i się zaczęło.

Po pierwszych dwóch latach odsiadki w Areszcie Śledczym w Krakowie, psycholog powiedział mi, że najgorsze mam już za sobą. Początki faktycznie były niełatwe. Zostałem osadzony w ośmioosobowej celi, którą rządzili małolaci. Jako osoba nie mająca dotąd jakichkolwiek związków ze światem przestępczym, nie znałem więziennej gwary. Gdy wspomniani gówniarze, zapytali mnie, czy jestem „petką”, nie za bardzo wiedziałem co to znaczy. W więziennym żargonie, w taki właśnie sposób określa się osoby pierwszy raz karane. Pomyślałem, nie wiedząc o tym, iż mnie… obrażają ( „petka” skojarzyła mi się z penisem). Z powodu tego nieporozumienia, trafiłem chłopaka taboretem w głowę i o mało co nie wybiłem mu oka. Przerzucono mnie na inny oddział, do celi czteroosobowej, niestety także z małolatami. Chyba za karę. Nie dogadywaliśmy się. Skończyło się tym, iż dwóch z nich pociąłem szkłem z rozbitego słoika, a jednego wziąłem jako… zakładnika.

Akcja zakończyła się szturmem trzydziestu funkcjonariuszy służby więziennej na zajmowaną przez nas celę. Oczywiście dopiero po tym, jak odłożyłem szkło i oswobodziłem zakładnika. Za karę otrzymałem od dyrektora status więźnia szczególnie niebezpiecznego, na czas nieokreślony. Przez dziewięć miesięcy odbywałem karę w celi izolacyjnej. Śmiało mogę powiedzieć, iż był to najgorszy okres mojego pobytu w więzieniu. Do momentu uprawomocnienia się wyroku, wkurwiałem się, że ta szmata w pelerynie z psim łańcuchem na szyi dała mi najwyższy wymiar kary. Powiedzieć, że się wkurwiałem, to jest w zasadzie za mało. Znowu zaczęły się izolatki, które nie robiły już na mnie żadnego wrażenia. Podobnie, jak fakt, że do wieczornego apelu do celi wbiegało dwunastu oddziałowych z tarczami i napierdalali mnie pałami. Jak już skończyli się bawić, ja zaczynałem śpiewać improwizowane piosenki jak będę im ruchał żony i matki, po opuszczeniu więzienia. Kiedy kończyłem, oni znowu wpadali okładać mnie zomowskimi pałami. Po kilku tygodniach dali sobie spokój. Ja jednak śpiewałem dalej. Miarka się jednak przebrała, gdy zacząłem wyzywać wychowawcę od cweli. Zostałem wówczas karnie wywieziony do Tarnowa. A tam komuna jak chuj. Z Tarnowa wywieźli mnie do Międzyrzecza, gdzie stwierdzono, że nie nadaję się do normalnego więzienia. Wywieźli mnie na tzw. „eskę” dla więźniów z zaburzeniami psychicznymi. No i jestem właśnie w tym pierdolonym Rawiczu, gdzie wychowawcy chronią pedofili, gwałcicieli, a oszołomy z grupy interwencyjnej SW, robią sobie z osadzonych worki treningowe – opowiada nam Łukasz Karczmit.

Poniżej prezentujemy fragmenty nowej książki, którą planuje wydać autor „Przypadki nie istnieją”. Pozostawiamy w nich oryginalną pisownię i język autora.

Przypadki nie istnieją
Przypadki nie istnieją

Rozdział 1

Zawsze czułem sympatię do wojska. Biorąc pod uwagę wrodzoną skłonność do agresji, zamiłowanie do militariów wydawało mi się normalną koleją rzeczy. Trzeba zaznaczyć, że przed odbywaniem zasadniczej służby wojskowej eksperymentowałem z różnymi środkami odurzającymi. W wojsku nie przestałem ćpać, niemniej jednak robiłem to rzadziej. Za to więcej piłem. W Polsce żołnierz służby zasadniczej otrzymuje niewielki żołd. Tak niewielki, że na alkohol zawsze mi brakowało. Miałem problemy ze spaniem. Więc aby w końcu zasnąć, lubiłem sobie spalić lufkę zioła. Z braku środków na alkohol, nie raz zdarzyło mi się wypić z innymi desperatami spirytus salicylowy. Miałem swoją paczkę kolegów, z którymi czułem się dobrze. W jednostce znani bylismy jako „kamikadze”. Piliśmy płyny, na widok którego inni „wymiatali”. Próbowaliśmy nawet paliwo lotnicze filtrowane przez kromkę chleba. Któregoś wieczora, po jednej z tego typu akcji odbywającej się w pomieszczeniu na środki czystości, ocknąłem się obsikany i zazygany. Zacałem poważnie się zastanawiać, czy wytrzymam takie tempo.To wszystko odbiło się bardzo na naszym zdrowie. Dwóch moich towarzyszy wylądowało na izbie chorych z poważnym zatruciem. Nigdy już ni wrócili na kompanię. Minęło nmoże z trzy tygodnie i wyszli do cywila. Mnie osobiąście w wojsku bardzo pogorsył się wzrok. Do dziś mam też problemy ze zgagą.

Nie można mi było odmówić zapału i chęci do tego, aby stać się dobrym żołnierzem. Biorąc pod uwagę moje problemy z alkoholem i naduzywaniem środków udurzających, sam byłem zaskoczony, że dopuszczono mnie do wart. Każdy żołnierz, przed wartą musiał odbyć rozmowę z psychologiem. Do dziś pamiętam, że ta rozmowa nie wypadła mi najlepije. Już na samym początku zapytał, czy…ja czuję się dobrze. A ja mimochodem zacząłem się tłumaczyć. Dalej było tylko gorzej. Psycholog stwierdził, iż jestem naćpany. Wezwano dowódcę plutonu, któremu, okazało się, mój stan w niczym nie przeszkadzał. Psycholog chciał mnie wysłać na testy narkotykowe, jednak dowódca stwierdził iż brakuje mu wartowników i Karczmit ma wejść na wartę. Później wezwał mnie do siebie. Nasza rozmowa wyglądała mniejwięcej tak: „Karczmit, dopiero co przyjechałeś do jednostki macierzystej i już są z tobą problemy. Mów co ćpałeś?- „Panie chorąży, przysięgam, że nic” – odrzekłem kłamiąc jak najlepiej potrafiłem.- „Karczmit, zapytam po raz ostatni, co brałeś” – nie odpuszczał dowódca – „Paliłem trawkę” – odrzekłem przyciśnięty do muru. – „Posłuchaj Karczmit, nie wkurwiaj mnie, bo to się może dla ciebie źle skończyć. Po raz ostatni paliłeś to gówno u mnie na kompanii. Wracasz na słuzbę i zaczynasz się uczyć prawa posługiwania się bronią. Nie wiem jak to zrobisz, i chuj mnie to obchodzi. Możesz całą noc siedzieć w świetlicy i wkuwać. Pojutrze pójdziesz ponownie na rozmowę z psychologiem. Za dwa dni zaczynają się szkolenia dla wartowników. A w przyszłym tygodniu onejmujesz wartę”

Więcej nie paliłem zioła. Ograniczyłem też picie.Brałem amfetaminę, ale nie wtedy, kiedy on miał zmianę. Aby normalnie spać, musiałem marichuanę zastępować garściami tabletek nasennych.

Warty zewnętrzne

Warty dzielone na zewnętrzne i wewnętrzne. Wewnętrzna była na terenie jednostki. Żołnierze do niej wyznaczeni pilnowali obiektów takich jak: magazyny paliw, budynek sztabu, czy brama wjazdowa. Do wart na terenie bazy wybierano takich, którzy…że tak powiem, dobrze się prezentowali. Chodziło o to, aby znali regulamin i wiedzieli jak się zachować przy dowódcy, bądź jego zastępcy. Gdy chodzi o warty zewnętrzne, do nich wybierano dość specyficzną grupę żołnierzy. na terenie bazy nie było nawet pod uwagę brane użycie broni. Nikt nie rozważał ataku na nią. Była ta duża jednostka, na terenie której przebywało 500 żołnierzy. Warty zewnetrzne to była już całkiem inna bajka. Polegała ona na ochronie obiektów znajdujących się poza terenem bazy. Były to np:sekcje przechowywania rakiet. Zabezpieczenia techniczne na tego typu obiektach w dużej mierze szwankowały, albo nie działały w ogóle. Siatka była w wielu miejscach dziurawa, a detektory ruchu uruchamiały się bez powodu, lub…w ogóle.Kamer nie było i nie wszystkie lampy świeciły.W przeciwieństwie do chłopaków z warty wewnętrznej, którzy w większości przypadków nie oddali w całej swojej słżubie ani jednego strzału – nawet ostrzegawczego – my z zewnetrznej, prawie co tydzień zabijaliśmy jakąś sarnę, która przez dziurę w płocie wchodziła na teren obiektu. Przez cały okres służby, na samym tylko obiekcie przechowywania i elaboracji rakiet, zabiliśmy z 30 saren i kilka dzików. Kilkanaście razy strzelaliśmy do czegoś ruszającego się, a którego truchła nigdy nie znaleźliśmy. Obiekty warty zewnetrznej miały swój klimat i kierowały się własnym życiem.Głównie warty nocne.

Moja pierwsza warta, do której w ogóle mnie dopuszczono, była wewnetrzną, na terenie bazy. Miałem pilnować changaru z samolotami szkoleniowymi.Młody żołnierz będący pierwszy raz na warcie i amfetamina, to bardzo złe połączenie. Szczególnie, że ten żołnierz nie zdążył jeszcze dobrze wytrzeźwieć. W polskiej armii jedna zmiana trwa 24 godziny. Z reguły o 15.00 zaczyna się odpawa wart.Około 15.30 przejmuje się wartownię i poiera amunicję. Z wartowni schodzi się dopiero o 15.30 dnia następnego.Większość chłopaków piło dużo, a ja brałem dużo amfetaminy. Moja pierwsza warta przy hangarze przebiegała dobrze do godziny 21.00. Po niej zacząłęm się nudzić. A że wczesniej naszprycowałem się amfetaminą, zacząłem się zachowywać, jak wiewiórka z ADHD. Najpierw bawiłem się bronią. Składałem, rozkładałem, liczyłem amunicję. Potem wspiąłem się na dach hangaru i zacząłem rozkręcać sprzęt służący do kontaktu z wartownią. Gdybym nie bawił się w elektornika i moje radio by działało, dowiedział bym się od dowódcy warty, że zmierza do mnie plutonowy na co dzień pracujący w tym changarze i że mam go wpuścić. Moje radio jednak już nie działało, a ja sprawdzałem, czy znajdujący się na zewnatrz śmigłowiec, ma otwarte drzwi. Dalej wszystko potoczyło się bardzo szybko. Jesli w środku nocy, młody wartownik na chronionym przez siebie obiekcie dostrzeże intruza, jego reakcja zawze będzie gwałtowna i mało skoordynowana. Tymbardziej, jeśli wartownik ten jest napruty amfetaminą. Chyba każdy normalny człowiek na głos przeładowywanego karabimu połozył by się na ziemi. Plutonowy też się położył. Leżał tam dopóty, dopóki dowódca warty nie przyszedł ze zmianą. Od tego momentu, stałem się osobą rozpoznawalną w tej jednostce. Uznano,że nie nadaję się do wart wewnętrznych i oddelegowano mnie na zewnatrz.

Pierwszy dzień warty poza terenem jednostki pamiętam do dnia dzisiejszego. Był to teren sekcji przechowywania i elaboracji rakiet, o której krążyły legendy. Większosć z tych historii, były to wyssane z palca bzdury, ale gdy młody człowiek się tego nasłuchał, to gdzieś w głowie mu to zostało. Odprawa wart na placu apelowym przebiegała gładko i szybko, co akurat bardzo mnie cieszyło. Nie czułem się tego dnia najlepiej.Dzień wcześniej piłem bowiem z chłopakami spirytus, który obok prawdziwego chyba nigdy nawet nie stał. Po odprawie załadowaliśmy się do stara i wyjechaliśmy z jednostki kierując się w okolice jakiegoś lasu, w którym znajdował się SPIER. W pojezdzie byłem jedną z trzech osób, dla których była to pierwsza warta. Dlatego też stare wilki, które z nami jechały, przekazały nam niezbędną wiedzę, jak pełnić służbę wartownika na tym obiekcie. Zalecali nam przede wszystkim poruszanie się bez hełmów. Te zasłaniają bowiem uszy, co przekłada się na brak orientacji co dzieje się dookoła.Druga sprawa to broń: odbezpieczona, lecz nie przeładowana.Na koniec zasypali nas opowieściami o rannych i zabitych wartownikach, walczących z zorganizowanymi grupami chcącymi ukraść części do rakiet. Dopiero gdy dojechaliśmy na miejsce. dotarło do mnie jak wielki jest to obiekt.Pierwszy raz w życiu spotkałem się z sytuacją, gdy las znajdował się nie tylko na zewnatrz, ale i wewnątrz chronionego obiektu. Wszędzie walały się ogromne skrzynie, w których znajdowały się częśći do rakiet i same rakiety. Ponadto były tam stare samochody ciężarowe. kilkanaście domków przypominających ogrodowe altany i podziemne wejścia do schronów. Wszystko to otoczone podziurawioną siatką i nie działającymi detektorami ruchu. Potem dopiero dowiedziałem się, iż duża część rakiet składowana była pod ziemią. Wszechobecny las w dzień nie robił aż tak dużego wrażenia, inaczej jednak rzecz miała się nocą. Wówczas miałem wrażenie, że jestem zupełnei sam w całym tym ogromnym lesie. Ścieżka, po której poruszać się winien wartownik była wąska i słabo oświetlona.Po obu stronach były drzewa. Ścieżka ta to był prawdziwy koszmar. Był to podręcznikowy przykład tego, jak nie powinna wyglądać wartownicza ścieżka na chronionym obiekcie.Idąc nią miałem wrażenie, że w każdej chwili ktoś może mnie zaskoczyć, a ja nie będę miał możliwości obrony, gdyż nie zdążę zareagować. Wlazłem w końcu na naczepę ciężarówki i tam siedziałem. Było to dobre miejsce, z którego miałem ogląd całej sytuacji. Każdy z nas znalazł sobie podobne. Najwazniejszą zasadą było to, aby samemu widzieć wszystko, jednocześnie będąc niewidocznym. nauczyłem się nawet palić papierosa tak, aby było to niewidoczne. Tak specyficzny rodzaj pełnionej służby sprzyjał…częstemu spozywaniu alkoholu.Wszędzie zatem walały się butelki, najczęściej plastikowe od przemycanego spirytusu zmieszanego z oranżadą.

Akcja zaczynała się rozkręcać, gdy gdzieś uruchomił się detektor ruchu.Wówczas włączał się alarm na wartowni. Dowódca warty zawiadamiał przez radio wartownika o tym fakcie. A ten, nie wiedząc co uruchomiło detektor, przeładował broń i udawał się na miejsce zdarzenia. Najczęściej była to sarna, lub jeleń.Bywało jednak i tak, że wartownik do końca swojej służby nie znalazł niczego i zastanawiał się co urychomiło detektor. Po sześćdziesięciu odbytych wartach nie zwracałem już uwagi na nic.Zaraz po wejściu na obiekt, właziłem na naczepę ciężarówki i szedłem spać. Kiedy dowódca zmiany powiadamiał mnie przez radio, że włączyły się detektory, odpowiadałem, że idę to sprawdzić, po czym rozłączałem się, odczekiwałem 10 minut, po czym zawiadamiałem, że…sprawdziłem to i jest to najprawdopodobniej awaria sprzętu, lub sarna, której już nie ma. Nie zawracając sobie tym głowy, spałem dalej.

Któregoś razu, po blisko dwudziestominutowych poszukiwaniach, dowódca warty wraz z moim zmiennikiem znaleźli mnie śpiącego w krzakach. Po tamtej wpadne, o dziwo nie zdjęli mnie z warty.Niestety, zaczęto sprawdzać mi płyny, które wnosiłem na wartownię. Dowódca warty, co jakiś czas sprawdzał natomiast czt nie wali ode mnie gorzałą. W takiej sytuacji znowu musiałem przerzucić się na marichuanę. W jednistce mielismy psy szkolone do wykrywania narkotyków, materiałów pirotechnicznych i wybuchowych. Bałem się koło nich przechodzić, bo dostawaly wtedy szału.

Brak słów

Czasami ludziom odpierdala. Od tak, bez powodu. Któregoś razu mając wartę, jak zawsze „zeszłem się” z moim kolegą i popiliśmy sobie dobre, tanie polskie wino, które jakoś udało mi się przemycić na patrolowany przeze mnie teren. Owo zejście polegało na tym, że dwóch różnych wartowników mających do patrolowania dwa różne tereny spotkało się w umówionym miejscu, najczęściej tam, gdzie ich sektory się kończyły. Popijaliśmy sobie i wpadliśmy na pomysł, że wpadniemy w odwiedziny do młodego wartownika, którego sektor był dość daleko od nas. To już nie było zejście się, ale…nieuzasadnione opuszczenie chronionego obiektu z bronią i ostrą amunicją. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego co robimy i co nam za to grozi. Byliśmy już jednak starymi żołnierzami i zdarzało nam się robić dużo gorsze rzeczy. Kiedy weszliśmy już na sektor młodego żołnierza, zaczęliśmy świecić latarkami, aby nas zobaczył. W pewnym momencie usłyszeliśmy z plecami „Stój, bo strzelam”. Odwróciliśmy się i śmiejąc się zaczęliśmy mu świecić latarkami po oczach. Wtedy usłyszeliśmy dzwięk przeładowywanego „kałacha”.Nie ma nic gorszego od przeładowywanej broni w rękach młodego, spanikowanego żołnierza. Zgasiliśmy latarki i używając słów powszechcnie uznanych za obraźliwe poprosiliśmy, aby przestał do nas celować. Po tym usłyszeliśmy wystrzał. Regulamin nakazywał wartownikowi sprzed oddaniem strzału bezpośredniego, strzelić ostrzegawczo w górę, jednak rzadko który ze starych żołnierzy się do tego stosował .Traktowali teren SPIER jak afrykańską sawannę.I gdy tylko zapadała noc, dla nich rozpoczynało się safari. Nikt nie zaprzątał sobie głowy oddawaniem strzałów ostrzegawczych.Później, kiedy dowódca warty musiał wzywać oficera dyżurnego, aby ten zidentyfikował sarnę, w którą żołnierz władował cały magazynek, następował wówczas…strzał ostrzegawczy.

W każdym razie, keidy pada strzał ostrzegawczy, żarty się kończą. I my o tym wiedzieliśmy. Straliśmy jak dwa słupy, a za nami był spanikowany młody żołnierz z „kałacha” celujący nam w plecy. Wiedzieliśmy też, że wystrzał był słyszany na wartowni. Zdawaliśmy sobie także sprawę z tego, że chłopaki na wartowni, podzielą się na dwie grupy, pobiorą amunicję i za 5 minut zaczną przeczesywać teren. Za kilka sekund dowódca warty zacznie też nas wywoływać przez radio. Musieliśmny go przekonać, aby nam to radio oddał, nei wykonujac przy tym żadnych ruchów. Mówiać wolno i spokojnie wyjaśnialiśmy „kotowi” kim jesteśmy i co robimy w jeo strefie.Usłyszeliśmy odgłos zabezpieczanej broni i spanikowany głos „młodego” – Ja pierdoloę, przecież ja strzeliłem, co teraz będzie? Wiedzieliśmy, że zostały nam sekundy. Zabraliśmy mu jego radio i wyciągnęliśmy baterie. To samo zrobiliśmy ze swoimi. Kazaliśmy „młodemu” odczekać 10 minut i włożyć baterie z powrotem. Na wartowni natomiast skłamać, iż bateria się rozładowała, stąd też nie mógł się zameldować. Ja dałem mu nabój, ze swojego magazynka, żeby zgadzała mu się ilość amunicji i razem z ziomkiem ruszyliśmy biegiem w kierunku swoich sektorów.Minęło kilka minut i wiedzieliśmy, że pozostała część chłopaków z wartiwniu już się rozproszyła i przeszukują obiekt. Wiedzieliśmy takzę, że jeśli dowódca warty nie będzie się mógł z nami skontaktować przez radio, to powiadomi o tym oficera dyżurnego. Ten zaś w ciągu kilku minut postawi na nogi całą naszą kompanię. Pobranie broni i aminicji zajmie im około 10 minut. W międzyczasie postawiona na nogi zostanie cała kompania transportowa, więc po pobraniu broni chłopaki „załadują” się na ciężarówki i zaraz tu będą. Wyglądało to naprawdę nieciekawie. Kiedy się nad tym zastanawiałem czas leciał dalej i nic się nie działo.Nie dochodził do mnie żadne odgłosy, które winny dochodzić w takiej sytuacji ( gdy by na wartowni słyszany był wystrzał). Włożyłem baterie do swojego radia. Na wszystkich kanałach panowała cisza. Zaczęło do mnie powoli dochodzić, iż na wartowni pewnie niczego nie słyszeli. Potem okazało się, że właśnie tak było. Młody był trochę spanikowany, ale się nie wygadał. Przed zdaniem amunicji, kolega przyniósł mi z kompanii jeden nabój ( każdy stary żołnierz miał kilka w zapasie) i nikt o niczym się nie dowiedział.

Rozdział 2

W wojsku bardzo mi się podobało . Miałem tam dużo ciekawych sytuacji, ale nie będę się o nich rozpisywał, bo przecież cel powstania tej książki był zupełnie inny. Jako żołnierz, miałem bardzo dobrą opinię, jako wartownik jeszcze lepszą. Przez jakiś czas, z rozkazu dowódcy plutonu, zajmowałem się nawet przygotowywaniem młodych żołnierzy do wart poza terenem jednostki. Po zakańczeniu służby zasadniczej, miałem zamiar zostać zawodowym żołnierzem. Niestety, moje zycie potoczyło się zgoła inaczej.

Po wojsku

Po wyjściu z wojska zacząłem ostro śpać. Alkoholu piłem znaczenie mniej, niestety nadrabiałem to narkotykami. Szczególnie moją uwagę przykuł bieluń i jego nasiona. Dzisiaj uważam, że bieluń nie nadaje się w jakiejkolwiek formie do spożywania. Wtedy myślałem inaczej. Amfetaminę spozywalem w tamtych czasach razem z bieluniem. Dawało to zatrważające efekty. W pewnym momencie wpadłem w depresję. Trudno mi powiedzieć z jakiego powodu. Być może powodem było to, że zażywałem zbyt dużo środków odużających? Przeszedłem też dwie próby samobójcze. Za pierwszym razem użyłem dużej ilośći środków nasennych. Kolejna próba odbyła się za pomocą gazu. Z czasem zacząłem mieć halucynacje. Wydawało mi się, że wszyscy coś przeciwko mnie knują. Miałem silne uczucie, że jestem obserwowany przez służby specjalne. Byłem przekonany, że mnie obserwują i podsłuchują za pomocą urzadzeń elektrycznych znajdujących się w każdym domu, takich jak: telewizor, odbiornik radiowy, toster, czy DVD. Dziś jestem pewien, że po prostu za dużo wtedy ćpałem. I stąd te urojenia, bo chyba tak je trzeba nazwać. Wtedy tak jednaj nie myślałem. Z perspektywy dnia dzisiejszego, trudno mi się jednoznacznie odnieść do swoich przemyśleń z tamtego okresu. W każdym razie, na podstawie ówczasnych przemysleń, które daleko odbiegały od rzeczywistości, czułem jakieś dziwne uczucie misji. Do dni dzisiejszego jestem osobą mało toleracyjną. Kiedyś nawet zaczałem myśleć o ekterminacji gejów. Bez wątpienia za bardzo mnie poniosło.

Z początku planowałem rozpylenie jakiegoś trującego gazu w klubie dla osób z zaburzoną orientacją seksualną. Gdybym umiał skonstruować bombę, z pewnością bym jej użył do takiego celu. Z gazem też mi się nie udało. Niesttey nie znałem nikogo kto miałby dostęp do takich substancji. Dzisiaj mogę się jedynie cieszyć, że nie wszedłem w posiadanie ani ładunku wybuchowego, ani też rzeczonego gazu. Byłbym bowiem sądzony za terroryzm.

Zatrzymanie i areszt

Zaraz po dokonaniu zabójstwa byłem w dość dziwnym stanie. Byłem jakiś taki zobojętniały. Było mi wszystko jedno. Nie obchodziło mnie co sie ze mną stanie, co będzie dalej z moim zyciem. Policja szukała mnie chyba ze trzy dni. W tym czasie przebywałem w różnych miejscach. Zażywałem amfetaminę i „kwasa”. Ilość narkotyków, które przyjąłem przez te trzy dni była tak ogromna, że szczerze jestem dziś zdziwiony, że mój mózg działa jeszcze normalnie. W pewnym momencie napruty amfetaminą sam zgłosiłem się na Policję. Decyzja ta była podjęta chyba jakoś spontanicznie, bo w żaden racjonalny sposób nie mogę wytłumaczyć tego faktu. Na dodatek miałem przy sobie 12 gramów amfetaminy. Jeśli chodzi o składane przeze mnie zeznania zbytnio nie musiałem się wysilać, bo zatrzymany wcześniej przez Policję mój kuzyn, złożył wystarczająco obszerne zeznania. Ograniczyłem sie jedynie do przytakiwania. Pamiętam, że podczas przesłuchania, najbardziej martwiło mnie to, czy zrobią mi testy na obecność narkotyków w organizmie. Dzisiaj wydawać sie to może śmieszne, bo nawet jeśli by tak zrobili, było by to najmniejsze z moich ówczesnych zmartwień.

Z komisariatu w Skwierzynie, po kilku godzinach przesłuchania i podpisaniu jakichś papierów, przewieziono mnie do Aresztu Śledczego w Międzyrzeczu. Pamiętam jak dziś, że zdziwiło mnie bardzo, że w Międzyrzeczu jest areszt, Trzymali mnie tam tydzień, lub dwa. Praktycznie nie pamiętam niczego co tam się działo. Czekałem na transport do Krakowa. W końcu się doczekałem. Przewiezienie mnie tam zajęło służbie więziennej prawie dwa tygodnie.Najpierw dotarłem do AŚ w Poznaniu, gdzie spędziełem trzy dni. Następnym punktem był Wrocław, gdzie przebywałem ponad tydzień.Potem pojechałem do Łodzi, gdzie w budynku pełnym policji wraz z innymi kilka godzin czekałem na autobus, który tym razem zawiózł mnie do Katowic. Tam także spędziłem ponad tydzień. W końcu dotarłem do AŚ w Krakowie. Szczerze chciałem, żeby osoba rozpisująca te transporty zdechła. W Krakowie na „dzień dobry” dostałem końską dawkę leków, po których zacząłem normalnie spać.Od zatrzymania spałem niewiele. Było to chyba związane z ilością narkotyków w moim organizmie. Mój pobyt w Krakowie rozpocząłem źle, żeby nie poweidzieć fatalnie. Potem było już tylko gorzej. Kiedy przenieśli mnie na dużą kilkuosobową celę, źle zinterpretowałem pytanie współosadzonego. Jakie tego były efekty pisałem już we wstępie tej książki. Przylgnęła do mnie łatka świra i machina ruszyła. Ciężko mi było i nadal jest wytłumaczyć, iż to nie była moja wina.

Zakładnik

Dziewięć miesięcy spędziłem w ścisłej izolacji, jako więzień szczególnie niebezpieczny. Chciałem wyjaśnić, jak do tego doszło. Około miesiąca po tym, jak zostałem aresztowany osadzono mnie w wieloosobowej celi. Byłem w bardzo złej kondycji psychicznej. Przed zatrzymaniem ostro ćpałem i wówczas zaczeło to dopiero ze mnie schodzić. Siedziałem na górnym łóżku i z nikim kompletnie nie rozmawiałem. Odbierałem posiłki, ale ich nie jadłem. Zacząłem słyszeć głos.Słyszałem go coraz dobitniej. Głos ten mówił, żebym uważał na współosadzoncyh przebywajacych w mojej celi, albowiem chcą mnie zabić. Jedzenia nie łukałem, bo głos mówił mi, że chcą mnie otruć. Głos kazał mi działać.Więc…zacząłem działać. Zeskoczyłem z górnego, piętrowego łóżka, chwyciłem słoik po ogórkach i udałem się do koncika sanitarnego. Rozbiłem słoik o ziemię, wybierając naostrzejszy kawałek. Gdy jeden z osadzonych otworzył drzwi toalety, zapewne zaniepokojony moim dziwnym zachowanie, zaatakowałem go szkłem z rozbitego słika. Zraniłem go nim w rękę. Następnie przystąpiłem do ataku na pozostałych. Będąc w szale bitewnym, ciąłem szkłem na prawo i lewo. Emocje poniosły mnie tak daleko, że zdecydowałem się wziąć zakładnika.Jeden z chłopaków spał, kiedy przystąpiłem do ataku i wymachiwałem swym zrobionym naprędce orężem. Obudził się zbyt późno. Zrzuciłem go złóżka i przyłożyłem mu szkło z rozbitego słoika do szyi. Następnie zacząłem wrzesczeć na całe gardło, że zaraz go zabiję. W zasadzie nie miałem żadnego sensownego planu, a nawet jeśli jakikolwiek by był, kończył się w tym momencie. W momencie, kiedy otworzyły się drzwi od celi, wszyscy oprócz mnie i zakładnika z niej uciekli. Zjawił się oddziałowy z więzienną psycholog oraz grupą kilku pożal się Boże „komandosów” z grupy interwencyjnej. Psycholg zapytała mnie, jakie mam żądania. Nie ukrywam, że sytuacja trochę mnie przerosła. Żądań żadnych nie miałem, bo sytuacja z zakładnikiem pojawiła się w mojej głowie spontanicznie. Nie wiedziałem za bardzo co jej odpowiedzieć. Poza tym coraz bardziej zaczęło do mnie docierać, że pomysł z zakładnikiem należał do mniej udanych w moim zyciu. Zaczęły mnie łapać skurcze od szkła trzymanego na szyi zakładnika, poza tym coraz bardziej krwawiłem, bo wywijając szkłem na prawo i lewo, także sam się pokaleczyłem. Po trzecie zastanawiałem się co ze mną zrobią jak puszczę, lub nie puszczę zakładnika. Z krzyków dobiegaących z korytarza wywnioskowalem, że ściągnięto z urlopu dyrektora aresztu śledczego. Wychodziło na to, że jakikolwiek będzie finał tego incydentu, powodów do śmiechu raczej mieć nie będę. Po szybkiej analizie wszystkich faktów, postanowiłem się poddać, zanim mnie zastrzelą. I w taki sposób wylądowałem na izolatkach, a Areszt Śledczy w Krakowie wytoczył mi sprawę, która zakończyła się dla mnie wyrokiem roku pozbawienia wolności. Kiedy już siedziałem sam w celi izolacyjnej bez telewizora, czajnika, ani możliwości poczytania książek lub prasy dotarło do mnie, że z tym zakładnikiem trochę mnie ponioslo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.