absurdy sądowe, kasta.news

Mafia w togach z troskliwego ojca zrobiła przestępcę

Zastanawiałem się, czy na siebie spojrzą, ale w ciągu sześćdziesięciu minut ich wzrok ani razu się nie spotka. Cztery lata temu spali w jednym łóżku, dzisiaj duszą się w sali sądowej. Historia Przemka i Igi to słabe love story. On sam o własnym życiu mówi: scenariusz „Tato 2”. Na pytanie wysokiego sądu, czy Franek jest gotowy do kontaktów z ojcem, odpowiada: kocham mojego syna, a on kocha mnie.

„Przemek – mówili mu – ona nie jest ciebie warta”. On „słoik” z Płocka z maybachem w głowie. Bez problemu dostał się na prawo na UW, obronił magisterkę u Hanny Gronkiewicz-Waltz, praktykował u najlepszych sędziów, skończył podyplomówkę. W 2013 roku przygotowywał się do egzaminu na aplikację adwokacką. Był „nietypowym nerdem” – kapitan uniwersyteckiej drużyny piłki ręcznej, prezes fundacji, członek rad nadzorczych dwóch spółek córek, zarabiający 6 tysięcy na rękę. Jedno mieszkanie wynajmował, drugie kupił.

A ona ? 27-latka po turystyce na prywatnej uczelni z 10-letnim dzieckiem i słabością do procentów. – W towarzystwie wszyscy wiedzieli, że jak pije, to na beton. Dla mnie miała z tym skończyć. Uwierzyłem…

To był maj, kiedy Amor ich ustrzelił. W lipcu dowiedział się, że będzie ich troje. Przez pierwsze miesiące mieszkali u jej rodziców na Nugat. – Z miejsca przekonałem się, w jaką patologię mam się wżenić… Poza strukturą był „wyautowany” ojciec jej syna Janka – mówili o nim „pierdolec i debil”, na samym dole dziadzio pantoflarz, szczebel wyżej Iga z matką połączone pępowiną. Całą familię po kątach rozstawiał rozbestwiony dziesięciolatek, a piramidę sponsorował brat. Wczoraj wizażysta, dzisiaj znany twórca w technice reliefowej.

Od początku próbował zostać tatą dla Janka, ale na wspólny front nie mógł liczyć. W mieszkaniu przyszłych teściów panował „wychowawczy paraliż”. Z domową anarchią walczył na kilku frontach: chodził na wywiadówki, pomagał odrabiać lekcje, organizował bilety na mecze reprezentacji piłki nożnej i turnieje w skokach narciarskich. Słowa „dziękuję” nigdy nie usłyszał. – Kiedy Janek dowiedział się, że będzie miał brata, to pobił własną matkę. Jak pytałem, czy odrobił lekcję, to odpowiadał, że mogę mu naskoczyć. Jak stawiałem dzieciakowi ultimatum, to groził samobójstwem. To o czym my rozmawiamy? Jakie zaręczyny? Jaki ślub? Jaki patchwork?

Na święta Bożego Narodzenia 2013 przeprowadzali się do jego mieszkania na Pustułeczki, w marcu w szpitalu na Solcu urodził się Franio. Miały być drogi natury, wyszła cesarka. Miało być karmienie piersią, wyszło mleko modyfikowane. – Po porodzie od Igi usłyszałem, że bachor jej sutki pogryzie i biust powyciąga. To był jeden z powodów. Drugim był powrót do wódy. 17 dni po porodzie ściągałem matkę Polkę z podłogi znajomych. Powiedziała: „tylko winka się napiję…”.

Zanim ich związek stał się równią pochyłą, przypominał sinusoidę

Iga do pracy wróciła szybko – już po dwóch miesiącach. Pracowała dwa dni w tygodniu i co drugi weekend od 8 do 21. – Po co? Nie wiem… Miała wysoki macierzyński –jak wiele mam na miesiąc przed porodem zarejestrowała działalność gospodarczą i opłaciła jedną najwyższą składkę chorobową. W rok zarobiła 72 tysiące złotych! Część pieniędzy odłożyła, a kiedy się rozstaliśmy, wynajęła mieszkanie i opłaciła najlepszych adwokatów w mieście, żeby mnie zniszczyć. Wykładowcę z KUL–u, wykładowcę z Łazarskiego i uchodzącego za specjalistę od przeciwdziałania przemocy w rodzinie – mocne trio…

Zanim ich związek stał się równią pochyłą, przypominał sinusoidę. Były momenty złe i było też łóżko. Jak darli koty, to albo o babkę – kopię Hiacynty Bukiet z „Co ludzie powiedzą”, albo o Janka, który nazywał Przemka „płockim burakiem”. Ze względu na Franka kładł uszy po sobie. Do czasu… Pod koniec wakacji powiedział „pas”: – Nie będę gówniarzowi ojcował. Wychowuj Janka z matką, mnie w to nie mieszajcie, skupię się na wychowaniu Frania. Nie byli zachwyceni – skończył się bankomat od setek i wół od roboty. Atmosfera lekko siadła.

Niemowlakiem zajmowali się wspólnie. Iga z doskoku, babcia odpłatnie i Przemek w każdej wolnej chwili między pracą a zajęciami na aplikacji. Butelkę próbował zrekompensować dzieciakowi na różne sposoby. Jak Franio nie miał roku, pojechali w Tatry, a trasę od Palenicy Białczańskiej do Morskiego Oka pokonali pieszo. Turyści kursowali fasiągami, a on pchał wózek 8 km pod górę.

Pierwszy sylwester na Pustułeczki do dzisiaj odbija mu się czkawką. – Dobiegała północ. Janek chciał odpalić sztuczne ognie, ale mu nie wychodziło i Iga mu pomogła. Na własną matkę rzucił się z pięściami, więc wziąłem dzieciaka za chabety i posadziłem na kanapie. W furii wyrzucił mi, że skompromitowałem go przed kolegami i jego noga w tym domu już nigdy nie postanie. Jak brzmiała oficjalna wersja? Przemek pobił Janka tak, że krew mu poszła z nosa… Nikt z obecnych nie potwierdził, nie wezwano policji, nie było obdukcji. A teraz ścigają mnie o 100 tysięcy zadośćuczynienia za rzekomo doznaną krzywdę. Tak wyautowuje się dawców nasienia – zamienia się ich w sprawców domowej przemocy. 

Jeszcze przez pierwsze dni marca mieszkali w jednym pokoju, 12 wieczorem jej rzeczy już nie było. – Za moimi plecami wynajęła mieszkanie, znalazła adwokata i złożyła wniosek o ustalenie miejsca zamieszkania dziecka przy niej. Cytuję: „w każdorazowym miejscu zamieszkania matki!”. Czyli dzisiaj przy Bażantarni, jutro na Nugat, a pojutrze ktokolwiek widział, ktokolwiek wie… Chociaż umówiliśmy się, że dziecko mieszka u mnie, dostałem od Igi krótkiego SMS–a: „Franka, zobaczysz już po wyroku”. Sąd opiekuńczy, który nam kojarzy się z elementem, miał stać się jego codziennością.

Przez kolejne dni odchodził od zmysłów, dziecka szukał po całym Ursynowie. Na pierwszy kontakt pod dozorem Iga pozwoliła mu w lany poniedziałek. – Myślę, że się przestraszyła. Franio był w opłakanym stanie – walił w łóżeczko, nie spał, dostał gorączki. Powiedziałem jej: To nieuczciwe. Między nami nie „zatrybiło”, ale możemy wychowywać syna razem. Ona miała jednak gotowy plan: walnę Przemka na kasę. Kończący się macierzyński miały zastąpić alimenty. I bije się pani z myślami – zabrać małego do siebie czy nie. W Polsce walka o dzieci przypomina Dziki Zachód…

W sądzie nikt nie chciał wysłuchać wersji ojca dziecka

W trakcie obiadu w „Piwnej Kompanii” próbował jeszcze negocjować, ale każdy argument torpedowała słowem: „nie”. W łazience wysłał wiadomość do przyjaciela: przyjeżdżaj, zabieramy Franka do domu. Potem wrócił do stolika i uregulował rachunek. – Już na zewnątrz, kiedy miałem duszące się dziecko na rękach, zapaliła peta. Zobaczyłem podjeżdżającą przed restaurację skodę i razem z Franiem wsiedliśmy, a ona złapała za klamkę, zaczęła szarpać drzwiami i pluć na szybę. Darła się na całe gardło: Pomocy, Arabowie dziecko porywają. Mam ciemną karnację, kolega też lubi brąz, przechodnie uwierzyli w ciapatych porywaczy i otoczyli samochód. Wezwano policję. Wiedziałem, że jak włożę małego do wózeczka, to już go nie zobaczę i przez dwie godziny miałem Frania na rękach. Mimo całego jazgotu spał jak suseł. W końcu pozwolono nam odjechać. 

Przez kolejny miesiąc praktycznie codziennie dostawał SMS–y z pogróżkami: Z pracy już cię zwolnili? Jak aplikacja ? Naprawdę chcesz, żeby Franio miał ojca w więzieniu ? Czy ty w to wierzysz ? I tak mam już wszystko ustawione.

– W tym czasie udało mi się odnaleźć ojca Janka. Opowiedział mi historię, której nie znałem: zawodnika polskiej kadry juniorów w szermierce oskarżonego przez Igę o branie narkotyków.

Wracając, pod swoim mieszkaniem zobaczyłem kręcącego się dziadziusia – tatę Igi, a chwilę później do moich drzwi waliła policja. Nie otworzyłem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że dzień wcześniej sąd przychylił się do wniosku o udzielenie zabezpieczenia. Wydał postanowienie o ustaleniu na czas postępowania miejsca pobytu Franka przy matce. Wbrew przepisom KPC procedowano na posiedzeniu niejawnym, a nie rozprawie. Nawet mnie nie wysłuchano… Niech pani mi powie, że to nie jest spisek ?

Następnego dnia wstał razem z kurami i wyjechał do rodzinnego Płocka. – Dopiero po przekroczeniu granicy miasta poczułem się bezpieczny. W mieszkaniu mojej mamy mieszkaliśmy od kwietnia do stycznia. Pracowałem zdalnie, a Frankowi zorganizowałem optymalne warunki do życia: klubik dla dzieci, basen, gimnastykę. Matka dziecka ani razu nas nie odwiedziła. Nie zapytała nawet, czy czegoś potrzebujemy. Złamanego grosza nie przysłała. Codziennie wysyłałem jej zdjęcie Frania, a ona nasyłała na mnie policję, kuratorów, opiekę społeczną i własnych znajomych. Jak zdarta płyta pisała: „z obawy o własne bezpieczeństwo nie wejdę do twojego mieszkania”.

W październiku 2015 roku złożył wniosek o przeniesienie sprawy do Płocka ze względu na zmianę miejsca zamieszkania. – Każdy normalny sąd „śmierdzącego kartofla” pozbyłby się od razu. Nie Warszawa-Mokotów. W listopadzie sędzia wydała zarządzenie, że rozprawa o wydanie dziecka ma być wyznaczona na 15 lutego 2016 roku. W aktach sprawy moja mecenas odkryła, że jeszcze tego samego dnia Iga wysłała e-maila z prośbą o przyspieszenie rozprawy. I sędzia wyznaczyła rozprawę na 14 grudnia ! Proszę pokazać mi drugą sprawę, w której sąd na wiadomość e-mailową zmienia terminy wokandy o dwa miesiące ? Na ich nieszczęście Franek dostał ospy, ale mój wniosek o odroczenie rozprawy odrzucono i procedowano beze mnie. Nazwano gangsterem i ostatecznie zadecydowano o przymusowym odebraniu mi dziecka. 

Od tego momentu zaczęło się polowanie. W styczniu skapitulował. – To był wybór między dżumą a cholerą. Albo areszt, albo podjęcie walki o syna w Warszawie. Zresztą nierównej – już pierwszy kontakt zablokowała. Dzwonię do domofonu i nic. Dzwonię na telefon i nic. W końcu odebrała: Zapomnij – powiedziała. – Franek przez 9 miesięcy był z tobą, a teraz potrzebujemy czasu dla siebie. Przecież się zobowiązałaś przed policją – przekonywałem. – Równie dobrze mogłam ci powiedzieć, że cię kocham – rzuciła. We wrześniu 2016 r. postanowienie o odebraniu Franiowi taty zostało unieważnione. – Dziecka do dziś nie odzyskałem. Jeden z kuratorów przyznał mi wprost, że wydając syna popełniłem największy błąd w życiu.

Po każdym nieodbytym spotkaniu torpedował sąd pismami, w których błagał o umożliwienie mu kontaktów z dzieckiem. Nie kiwnęli palcem. Nawet nie zagrozili jej karą grzywny. Zagrał va banque i złożył wniosek o wyłączenie wszystkich sędziów wydziału i przeniesienie sprawy do innego sądu.

Godzinę później dostał telefon: – Dzień dobry, termin spotkania z pańskim synem został ustalony na poniedziałek – czwartego kwietnia. Zapraszamy na godzinę 17. Pierwszy kontakt w Fundacji „IKA” przypominał oswajanie lisa z „Małego Księcia”. Na początku Franek patrzył na tatę tak, jakby go porzucił, po pięciu minutach zaczął się uśmiechać, po godzinie nie chciał się odkleić…

Po czterech ścianach fundacji przyszła kolej na dobrze znane mu cztery kąty. Mieszkanie niedoszłych teściów. – To była masakra. Zero prywatności. Patrzą na panią dwie kobiety. Jednej pani nie zna, drugiej nie chce znać. Obserwują każdy ruch. Nie odstępują na krok. Proszę spróbować odbudować więź z dzieckiem w godzinę. Od Igi, która przyrzekła mówić szczerą prawdę, w sądzie usłyszałem, że Franek się mnie boi i przede mną ucieka. W notatce kuratora z lutego 2017 roku można przeczytać: Na informację, że tata musi już iść, dziecko zareagowało płaczem.

Na komisariacie na Janowskiego 7 lądował trzykrotnie. Pierwszy raz pamięta do dzisiaj. Przyjechał pod Nugat z kuratorem. Scenariusz: możesz pukać i tak nikt ci nie otworzy – znowu się powtórzył. Po godzinie stacjonowania pod domofonem zadzwonił pod 997. Zamiast odsieczy, przyjechały posiłki. – Matka dziecka ma znajomych na Janowskiego i całe zajście ukartowano. Już na wejściu od troglodytów w mundurach usłyszałem: „I co teraz, mądralo? Zaraz cię połamiemy, zaraz cię dojedziemy”. I tak aplikant adwokacki zapraszany na komisje sejmowe spędził prawie całą dobę z zarzyganymi pijakami, wczorajszymi bezdomnymi i złodziejami iPhone’ów.

– Na tym polega przemysł alimentacyjno-rozwodowy – odebrać dziecko ojcu, żeby matka miała alimenty, 500 plus i świadczenia socjalne. Wie pani, po jakim czasie mogłem położyć naszego syna do snu? Po jedenastu miesiącach… W drugim dniu świąt Bożego Narodzenia. Nawet nie w jego łóżeczku, tylko w legowisku dla psa. Na kawałku podłogi czytałem mu „Strażaka Bubę” na dobranoc pod okiem kuratora. I to jest matka Polka? 

W 2015 roku w jego telefonie była Igunią, dzisiaj jest nieprzypisanym numerem. Pokazuje mi setki SMS–ów bez odpowiedzi. Monolog z matką dziecka prowadzi od dziewięciu miesięcy. Ostatnią wiadomość od Igi dostał 17 października 2018: Franek bawi się świetnie. Za każdym razem pyta o dziecko…

mafia w togach str 1
mafia w togach str 2
mafia w togach str 3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *